>> Strona główna
>> Aktualności
>> Varia
>> Akty prawne
>> Do Miłosierdzia
>> Za zmarłych
>> Regulamin cmentarza




To przemijanie ma sens...

Bardzo lubię te dni. Choć smutek przeplata się w nich z wiecznością, a żal z nadzieją.
W starożytnym świecie pogańskim miejsce, gdzie chowano zmarłych, nazywano nekropolią, czyli miastem zmarłych. W języku chrześcijańskim określa się je jako cmentarz. Polskie słowo pochodzi od łacińskiego "coemeterium", a to od greckiego "koimeterion", które oznacza miejsce snu. O zmarłych mówi się bowiem, że zasnęli w Panu, by obudzić się w momencie zmartwychwstania. Ojciec Święty Jan Paweł II tak pisał w "Tryptyku rzymskim": "I tak przechodzą pokolenia. Nadzy przychodzą na świat i nadzy wracają do ziemi, z której zostali wzięci". Papież dodawał: "Zatrzymaj się, to przemijanie ma sens, ma sens... ma sens... ma sens!". Ten sens najdobitniej chyba ukazują pierwsze dni listopada, kiedy obchodzimy uroczystość Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny. Dlatego tak bardzo je lubię, mimo że zazwyczaj jest zimno i pada deszcz, a wokoło widać poważne i zadumane twarze ludzi spacerujących po cmentarzach i uświadamiających sobie kruchość istnienia, cierpiących z powodu rozstania z bliskimi. I choć te uczucia są bardzo ludzkie, z punktu widzenia wiary tak bardzo nielogiczne. Bo Bóg nie po to przecież stworzył człowieka, by zabrać mu życie, ale po to, by mu je dać. Jak największy prezent. Na zawsze. Te dni umacniają moją wiarę. Bo gdy odwiedzam groby najbliższych, których zresztą coraz więcej jest po tamtej stronie, uświadamiam sobie, że oni cały czas są ze mną, może nawet bardziej niż wtedy, gdy żyli na ziemi. Ufam, że kiedyś się z nimi spotkam. I że tak naprawdę jest jeden świat, tylko my, ograniczeni ziemskim horyzontem, nie dostrzegamy tego, co widać z perspektywy nieba.

Oczyszczenie gór
Pierwsze dni listopada, rok w rok, pomagają mi również odzyskiwać właściwą hierarchię wartości i ustawiać wszystko w należnej perspektywie. Bo nakierowanie na to, co wieczne, pokazuje, co tak naprawdę ma w życiu sens i co jest ważne. Wyraźnie widać wtedy, że śmierć należy po prostu do życia i jest jego częścią. A przemijamy tylko po to, by przetrwać. Wreszcie, te dni uczą mnie modlitwy za tych, co odeszli. Choć wciąż mam wątpliwości, czy modlić się za moich zmarłych, czy do nich, mam bowiem nadzieję, że są oni już w niebie i że mogę prosić ich o pomoc i wstawiennictwo, żadna modlitwa zresztą się "nie zmarnuje" i zostanie najwyżej ofiarowana za jakąś duszę w czyśćcu, która jej potrzebuje. Wierzę, że ta modlitwa jest dwukierunkowa. Zmarli bowiem mogą też modlić się za żywych. Ciekawie ujął to Dante w XI pieśni "Boskiej komedii" pt. "Oczyszczenie gór": dusze czyśćcowe wyciągają ręce ku Bogu i odmawiają "Ojcze nasz", modląc się za tych, którzy pozostali na ziemi. Same nie mogą sobie pomóc, minął już dla nich czas wybierania między dobrem a złem, ale modlą się za żyjących. My natomiast możemy pomóc im naszą modlitwą, Mszą św. i Komunią. I właśnie modlitwa za dusze zmarłych w tych dniach jest najważniejsza. Wbrew pozorom, ważniejsza niż odwiedzenie cmentarza. Może stanowić wyraz miłości, wdzięczności, zadośćuczynienia. Dlatego zresztą tak popularne są w Kościele wypominki, odpusty za zmarłych i Msze św. gregoriańskie.

Śmierć - siostra nasza
Lubię też powracać w tych dniach do tekstów Jana Pawła II na temat śmierci. Począwszy od początku pontyfikatu, kiedy Papież wygłosił homilię na pogrzebie jednego z najbardziej znanych kardynałów - Franciszka Sepera, prefekta Kongregacji Nauki Wiary. Mówił wtedy: "Śmierć, której człowiek wierzący doświadcza jako członek mistycznego Ciała, otwiera drogę prowadzącą do Ojca". I przywoływał znane słowa św. Franciszka z Asyżu: "Bądź pochwalony, mój Panie, za śmierć, siostrę naszego ciała". Ucztą duchową jest dla mnie również lektura innych homilii papieskich na ten temat. Wśród nich ta skierowana do młodych podczas Światowych Dni Młodzieży w Denver w 1993 r., kiedy Ojciec Święty mówił o prawdziwym sensie życia właśnie w odniesieniu do śmierci. "W naszym ludzkim doświadczeniu śmierć jest wrogiem życia. Wbrew wszelkim mocom śmierci i wszystkim fałszywym nauczycielom Chrystus wciąż ofiarowuje ludzkości jedyną, prawdziwą i realną nadzieję. Dzięki temu, że przyjął naszą ludzką kondycję, Jezus Chrystus może przekazać wszystkim Życie, które ma w sobie". Najchętniej jednak sięgam do jednej z moich ulubionych książek Jana Pawła II pt. "Przekroczyć próg nadziei". Odpowiadając na pytania Vittorio Messoriego, Papież podkreśla w niej, że świat doczesny nie jest w stanie do końca uszczęśliwić człowieka, gdyż nie może wyzwolić go od cierpienia i śmierci. "Nieśmiertelność nie należy do tego świata. Ona może tylko przyjść do człowieka od Boga. Nie lękajcie się! (...) istnieje Ktoś, kto dzierży losy tego przemijającego świata, Ktoś, kto ma klucze śmierci i otchłani". Wreszcie, ostatnie dni życia i cierpienia Jana Pawła II były dla mnie wielką katechezą o umieraniu. Papież wyraził w niej po raz ostatni, ale jakże dobitnie, prawdę o śmierci. Śmierci - która jest bramą, przejściem, początkiem nowego życia. Ostatnie jego słowa: "Pozwólcie mi odejść do Pana" tę prawdę potwierdzają.

Kto po nas wyjdzie
"A teraz? Po tamtej stronie, kto mu towarzyszy?..." - takie pytanie postawił kard. Stanisław Dziwisz w odniesieniu do Jana Pawła II, w znanej na całym świecie książce "Świadectwo". No właśnie, kto towarzyszy naszym bliskim, gdy odchodzą? Kto będzie towarzyszył nam w chwili śmierci? Podobno wtedy człowiek zawsze jest sam. Mówią tak ci, którzy przeżyli na przykład śmierć kliniczną. Każdy, kto ma takie doświadczenie za sobą, podkreśla, że w chwili przejścia do innego świata był sam. Nawet, gdy przy łóżku szpitalnym stała rodzina. Nawet, gdy ktoś bliski trzymał umierającego za rękę, to w chwili śmierci człowiek zostaje sam. Ks. Jan Twardowski powiedział mi kiedyś, że wierzy, iż na tamtym świecie, po przejściu na "drugi brzeg", wychodzi po człowieka Pan Jezus. A zaraz potem zjawiają się bliscy, którzy kochali nas tutaj, na ziemi. I że na pewno tej chwili nie należy się lękać. Bo śmierć zawsze jest sprawą Bożą. Stwórca tak zaplanował świat, że w jego sens wpisał śmierć, czyli początek nowego życia. Gdyby nie było śmierci, życie ludzkie pozbawione byłoby sensu, zostałaby wielka pustka.

Święto modlitwy
Uroczystość Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny to pozytywne święta. Ich przesłanie jest jasne: człowiek nie umiera, ale nadal żyje, by przejść do zmartwychwstania. Te dni są ze sobą ściśle związane. W tym czasie objawia się pełny wymiar Kościoła, który obejmuje zbawionych w niebie, przebywających w czyśćcu i pielgrzymujących na ziemi. 1 listopada czcimy wszystkich, którzy są święci, a więc zbawieni. 2 listopada zaś jest czasem modlitwy za tych, którzy znajdują się w czyśćcu i uwalniają się od win. Te modlitwy mogą skrócić trud oczyszczenia tych, którzy nie doszli jeszcze do nieba. Jak bowiem uczy Kościół - po śmierci człowiek idzie albo na potępienie, albo zostaje zbawiony. Zbawiony - to znaczy, że trafia od razu do nieba lub najpierw do czyśćca, gdzie cierpi, gdyż musi odpokutować swe winy. Nie możemy ludzkimi, ziemskimi miarami mierzyć długości tego cierpienia, trudno określić, czy będzie ono trwać dwieście czy tysiąc lat. Posługując się kategoriami ziemskimi, możemy jednak powiedzieć, że nasze modlitwy mają moc skrócenia czyjegoś cierpienia w czyśćcu. Sam zmarły bowiem po śmierci nie może już nic dla siebie uczynić. Jego czas zasługiwania na niebo skończył się na ziemi. Mówił już o tym w IV wieku św. Augustyn: "Nie można zaprzeczyć, że dusze zmarłych doznają ulgi dzięki pobożności swoich żyjących bliskich". Ciekawe jest, że Augustyn przez całe życie widział świętość swojej matki, jej dobroć, pobożność, a gdy umarła - dostrzegał potrzebę modlitwy za nią. Każdy człowiek bowiem ma jakieś niedoskonałości i nawet jeżeli umiera pojednany z Bogiem, bez grzechu ciężkiego, też potrzebuje oczyszczenia i modlitwy. O modlitwę prosił również Jan Paweł II - za życia i po śmierci. Pierwsze dni listopada zatem, jak żadne inne, przypominają wciąż na nowo o tajemnicy świętych obcowania. I o tym, że nie samo odwiedzanie cmentarzy jest najważniejsze, ale Msza św. i modlitwa za zmarłych. W przeciwnym razie obchody tych świąt są wielką pomyłką i nic naszym bliskim zmarłym nie dają. A przecież wciąż kochamy tych, którzy odeszli, i pragniemy im pomóc. Bez wątpienia są to też święta zadumy nad życiem i śmiercią, nad losem człowieka oraz wiecznością. Jaka ona będzie? Trafnie ujął to znany teolog Hans Urs von Balthasar, mówiąc, że rzeczy ostateczne są dla naszego myślenia "nieobrazowe". Nie możemy sobie wyobrazić, jak wygląda życie po życiu. Także Pan Jezus nie zaspokaja ciekawskiej natury człowieka, który nie pojmie nigdy tego, co znajduje się poza czasem i poza przestrzenią. Nie sposób bowiem przekazać tego, co jest po drugiej stronie.
Milena Kindziuk
Tekst pochodzi z Tygodnika Katolickiego 43/2008